Recenzja spektaklu „Dziady”

W piątek 6 lutego miałem okazję zobaczyć spektakl „Dziady” w reżyserii Radosław Rychcika w poznańskim Teatrze Nowym. Jest to nowoczesna adaptacja dzieł Adama Mickiewicza, w której twórca postarał się spojrzeć na tematykę i problematykę utworów z perspektywy globalnej. W teatrze witają nas dźwięki „Ody do radości” Beethovena. Sam spektakl zaczyna się wyświetleniem dedykacji oraz piosenką i przemową Guślarza – Jokera, do którego dołącza później Marylin Monroe. Po odsłonięciu kurtyny ukazuje nam się sceneria rodem z amerykańskiego liceum. Możemy zobaczyć boisko do koszykówki czy też członków obrzędu popijających colę z czerwonego automatu. Również postaci zostały przeniesione do amerykańskich realiów (np. Józio i Rózia to bliźniaczki z „Lśnienia”), bo w takich właśnie osadzona jest cała sztuka. Sam scenariusz pozostał jednak wierny oryginalnemu.

Dużym plusem niewątpliwie jest to, że spektakl idealnie oddał problem dyskryminacji mniejszości rasowej Afroamerykanów, co było od początku zamysłem reżysera. Bo przecież tak, jak kiedyś młodzież Polska, tak i bardziej współcześnie czarnoskórzy obywatele, byli dyskryminowani za pochodzenie i przywiązanie do niego.

Podobała mi się również reżyserska wizja „Małej improwizacji”. Znakomicie zostało wykorzystane w niej oświetlenie. Również to, że nie było żadnego podkładu muzycznego, jedynie ludzkie głosy, przywoływało na myśl realia więzienne.

Co mi jednak nie zawsze pasowało, to forma przekazania problematyki. Było trochę za dużo niepasujących i niepotrzebnych elementów. Przykładowo, Guślarz-Joker w pewnym momencie zaczął pluć w widownię, a Zosia-cheerleaderka była nazbyt skromnie ubrana. Niektórym mogłoby również przeszkadzać palenie papierosów na scenie i porozrzucane jedzenie.

Brakowało spójności między poszczególnymi momentami w części guślarskiej. Oglądając spektakl, miałem wrażenie, że poszczególne „wizyty” duchów to wyrwane z kontekstu fragmenty różnych spektakli.

W części III i IV natomiast, zwróciłem uwagę na momentami słabą grę aktorską. Choć Gustaw zagrany był bardzo dobrze, to na np. księdza nie znajdę innego określenia niż nijaki. Aktorzy nie zawsze do końca wczuwali się w rolę. Zdarzało się również, że zapominali swoich kwestii.
Choć „Mała improwizacja” wyszła naprawdę dobrze, to już na przygotowanie własnej wersji „Wielkiej improwizacji”, reżyser się nie pokusił. Został zamiast tego wycięty i odtworzony sam dźwięk ze sceny z filmu „Lawa” z Gustawem Holoubkiem, co nie spodobało mi się przez brak spójności z resztą sztuki.

Ostatnia scena natomiast, została nie tyle zaadaptowana, co po prostu zmieniona na jakiś wymysł reżysera. Pomijam fakt, że w niej aktorzy zdolnościami również nie popisali się. Jeśli jednak wizja czarnoskórej gospodyni, zabijającej ludzi którzy się jej naprzykrzyli, a nawet nie próbowali bronić, ma komukolwiek pomóc przezwyciężyć rasizm, to naprawdę nie wiem jak ma to zostać osiągnięte.

Trudno jest mi ocenić tą sztukę jednoznacznie. Choć uważam, że sam zamysł jest naprawdę dobry i ma moje pełne uznanie, to jednocześnie dałoby się to zrealizować o wiele lepiej. Mogę chyba jednak powiedzieć iż sztuka mi się podobała i jeśli ktoś lubi nowoczesny teatr, to polecam zapoznać się z „Dziadami” w reżyserii Radosława Rychcika.